Nie-stonoga

Pod koniec grudnia 2022 miałam operację kolana. Dość skomplikowaną i prawie natychmiastową. 20 dni od diagnozy do operacji. Szybka decyzja? Nie wiem, może i tak. Czułam że to jest jedyna słuszna decyzja. Czułam tak na 100%. A gdy w ten sposób coś czuję, nie waham się, działam natychmiast. Wiele lat zaniedbań z mojej strony. Największy grzech – brak systematycznego ruchu i praca przy laptopie. Kolejna diagnoza – drugie kolano też w rozsypce. Dobrze, że nie jestem stonogą😊. Przyjechałam mechanizm dysocjacji. Od pierwszej chwili w szpitalu. Jakbym patrzyła na siebie stojąc z boku lub okiem kamery. Zwłaszcza od momentu wjazdu na salę operacyjną. I to był jeden jedyny moment, gdy odczułam strach. Ale nie przed samą operacją. Przed tym, co może być później, gdy coś pójdzie nie tak. Pomyślałam, że może zdarzyć się tak, że nie będę chodzić. Podświadomie mogłam to czuć wcześniej, bo na poziomie świadomości tydzień przed operacją zrobiłam wielkie porządki w różnych sferach życia. Myślę, że w 7 dni ogarnęłam tyle, co normalnie zajęłoby mi miesiąc. Chwilę wcześniej, już po podjęciu decyzji, szybki rodzinny wypad do Lizbony na kilka dni. Tak, jakbym chciała się na zapas „nachapać życia”. W noc przed operacją wstałam z łóżka i chodziłam po sali, po korytarzu. Jakbym chciała zapamiętać jak to jest, gdy się chodzi. Ale wtedy nie czułam strachu. Raczej wdzięczność, że przez 48 lat mogłam to robić. Ile jest takich rzeczy w naszym życiu, których nie doceniamy? To, że możemy patrzeć na ukochaną osobę, to że słyszymy śmiech dzieci, czujemy miękką sierść kota, zapach kwiatów czy smak ulubionej potrawy. Na co dzień nie doceniamy tego, myślimy, że „przecież to normalne”. Jakże prawdziwie prawił mistrz Kochanowski o szlachetnym zdrowiu😊.

A teraz, od 8 dni jestem „uziemiona” na najbliższe 7 tygodni. Moja przestrzeń życiowa to rozłożona kanapa w salonie, która zapełnia się tak, że za chwilę dla mnie nie będzie już miejsca. Jest tyle rzeczy, które chcę zrobić, cała sterta książek, które chcę przeczytać. X rzeczy odkładanych latami na tzw. „później” teraz zaczyna się materializować. I owszem, czasem się wkurzam, że o wszystko muszę prosić, że jestem nieporadna jak dziecko, że wejście na schody to jak wyprawa na Kilimandżaro. Ale częściej czuję wdzięczność za wszystko, co mam. Przede wszystkim za tych, którzy są ze mną na co dzień i się mną opiekują, za tych, którzy dzwonią codziennie z pytaniem jak się czuję, za cudownych rehabilitantów, którzy stanęli teraz na mojej drodze. I za Czas, za ten moment w życiu, gdzie musiałam zwolnić jeszcze bardziej, a może …. inaczej. Przy czym nie jest to, na szczęście, nowość dla mnie. Zwalnianie praktykuję od kilku lat. Więc może też i dlatego nie jest mi szczególnie trudno.

Czy mam jakieś postanowienia, że teraz będzie inaczej, że nie będę już odkładać spraw na bliżej nieokreślone jutro itd.? Nie, czuję, że to przyjdzie samo, że to się już zaczęło dziać.

A Ty? Co odkładasz na później? Za co jesteś dzisiaj wdzięczny?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *