Nie ma co, narobiłam się w tym moim ogrodzie w tym roku. Projekt „Kasia w ogrodzie” szedł pełną parą. Gdy zaczynałam nie miałam zielonego pojęcia i kompletnie żadnego doświadczenia. Eksplorowałam Internet, oglądałam filmy z cyklu: jak sadzić marchew, jak podcinać róże. I co ważne, różne róże podcina się w innych porach i w różny sposób. Wszystko było nowe, nieznane. Ale cieszyło. Tym bardziej, że były to zupełnie nowe doświadczenia, tak bardzo różne od nauki i doświadczeń biznesowych. Może o to chodziło…. Cieszyłam się, że wszystko co posadziłam się przyjęło, kwitło, owocowało. Bzy, forsycje i konwalie przesadzone z terenu niczyjego (czyt. zza bramy), jaśmin, rośliny na skalniaku, borówka, groszek słodki….
Ale był wyjątek. Mieczyki. Z radością patrzyłam jak kiełkują, rosną coraz wyższe, smuklejsze. Dostojne. I na tym się skończyło. Zielone patyki wystające na metr, kołyszące się na wietrze, bez żadnej, nawet najmniejszego nadziei na kwiaty. Tłum emocji począwszy od złości, że przecież tyle się narobiłam, starannie wybierałam cebulki, nauczyłam się kiedy sadzić, jak podlewać, itd. Przez frustrację, nadzieję, że może jednak, po żal. I te rozmowy, które z nimi prowadziłam. Przeczytałam gdzieś, że z roślinami należy rozmawiać, to wtedy ładnie rosną. Ale pewnie za bardzo na nie krzyczałam, bo to też nie zadziałało. Chwała Bogu, że sąsiedzi nie mają mieczyków, bo do tej emocjonalnej ferii barw doszłaby jeszcze zazdrość!:).
I przyszedł moment, że przestałam myśleć, narzekać, nawet przestałam z nimi rozmawiać. Czasem tylko przechodząc obok zatrzymywałam na nich wzrok. I wtedy stało się….. Po prostu zakwitły…. Zachwyt, wzruszenie, spokój. Lubię te emocje w sobie…..
Ten czas oczekiwania był jak droga do celu. Lekcja nauki o sobie i pokory. Nie na wszystko mam wpływ. I okazało się, że kocham to czekanie na kiełkowanie, powolny wzrost, kwitnienie…. Ważne tylko, żeby w tym czekaniu była cierpliwość. Co ma być, to będzie. Przyjdzie w odpowiednim momencie.
A na co Ty czekasz? Co przyspieszasz?

